I Wielkopolski Konkurs Retrieverów
Racot 1999

Dekoracja (38KB)


cofnij



Cała impreza zorganizowana przez poznański oddział Związku Łowieckiego składała się z dwudniowego kursu układania retrievera do pracy z myśliwym oraz konkursu sprawdzającego umiejętności psa i niestety też jego menera. Wszystko zaczęło się w czwartek - 23.09.99. Pakowałam się od rana, a suka chodziła za mną i najnormalniej w świecie śpiewała. Skąd małpa wiedziała, jakie czekają ją przygody?
Koło 15:00 dotarłam do Nowego Dębca za Racotem. Zakwaterowanie w domkach campingowych w ośrodku nad samym jeziorem. Oprócz mnie praktycznie przyjechał tylko jeden uczestnik kursu, starszy z 3-letnim labradorem. Nasz główny instruktor - Czarek przywiózł też do konkursu dwa psy - swojego świetnie wyszkolonego Kruka, który miał zaliczyć konkurs poszerzony, oraz cudzą sukę - Wiosnę, którą szkolił za pieniądze oczywiście, bo zajmuje się tym zawodowo. Nazwisko i adres znane redakcji, jeśli ktoś chce mieć wyszkolonego psa myśliwskiego nie ruszając tyłka z kanapy polecam go gorąco. Pasjonat i gawędziarz, z którym prowadziłam wielogodzinne dyskusje. Poza nim ciągle przyjeżdżali inni instruktorzy pomagać w szkoleniu.
W związku z tym, że była tylko Corsa i Rex, każde miało zawsze praktycznie własnego trenera. Tak więc dzięki małej frekwencji mogliśmy więcej skorzystać. Wodę ćwiczyliśmy na miejscu, na pola jeździliśmy parę km. Pogoda była wymarzona, Corsa poczuła po co żyje.
Wszystko ładnie, pięknie, aż przyszła niedziela - dzień konkursu. Od rana zaczęło się zjeżdżać mnóstwo ludzi - 6 sędziów plus ze 20 gapiów. Miałam ochotę spakować się po cichu i zwiać, zresztą trema nie opuściła mnie do końca. Zchrzaniłam przez to parę konkurencji. W ostatecznym rozliczeniu Rex przepadł, bo nie zaliczył prawie nic, a Krukowi nie udało się zaliczyć konkursu poszerzonego.

Oficjalne wyniki:
I miejsce i dyplom I stopnia - labrador retriever Cheslingter Onyx (czyli po prostu Kruk) właściciel i mener Cezary Marchwicki
II miejsce i też dyplom I stopnia - labrador retriever WIOSNA Herbu Zadora właściciel Monika Dowgiałło, mener Cezary Marchwicki
III miejsce i dyplom III stopnia - golden retriever BETA Fabryka Championów (czyli, jak sama nazwa wskazuje moja Corsara!!!) właściciel i mener to ja!!!!!!

Ostatecznie po wszystkim wróciliśmy do ośrodka i odbyło się bardzo uroczyste wręczenie nagród i dyplomów. Wręczał je oczywiście sędzia główny dr Brabletz. Dostałyśmy piękną rozetę, piękny puchar, piękny dyplom i piękną statuetkę retrievera, nie dostałyśmy za to pięknego brązowego medalu, bo niestety wszystkie piękne medale należą się tylko psom z dyplomem I stopnia. Jak przyjrzałam się na spokojnie swoim wynikom to na dyplom II stopnia miałam w trzech konkurencjach o jeden punkt za mało, ale w pięciu innych nawet o punkt za dużo!
Chyba nikt z obecnych tam myśliwych nie widział jeszcze goldena w polu. Tylko labradory są już znane i używane przez polskich myśliwych. Wiem, że zachwyciła ich pasja i radość z jaką moja suka pracowała. Pochlebiły mi propozycje kupna Corsy. Mieli zastrzeżenia do długiej szaty goldena, więc specjalnie przed dekoracją w trzy minuty doprowadziłam ją szczotką do wyglądu niemal wystawowego.
Cała impreza była dla mnie okazją do znacznie lepszego poznania mojego psa, do zrozumienia charakteru i predyspozycji retrievera. Najpiękniejszy jest dla mnie widok ubłoconej Corsy pędzącej z prawdziwym uśmiechem po tropie, jak po sznurku hen za horyzont. Teraz, po powrocie do domu Corsa jeździ dalej na swoje polowania. Cieszy się, jak tylko zaczynam się pakować. Nie pakuję jednak dubeltówki, bo jej nie mam i nie potrzebuję. Pakuję tylko starą skórkę króliczą i inne skarby w tym stylu. Układamy jej tropy i chowamy te skarby po lasach, polach i szuwarach, a ona jest najszczęśliwsza na świecie, kiedy może ZNALEŹĆ i PRZYNIESĆ. Żywe stworzonko może sobie bezpiecznie kicać przed jej nosem. Ta szczególnie miła cecha też wynika z zadań, jakie stawiali tej rasie jej twórcy. Ostrej selekcji podlegały psy z instynktem pogoni i zabijaki. Rola retrievera polegała na spokojnej obserwacji polowania, nie wyrywania na linię strzału. Dopiero po zakończeniu całej akcji potrzebny jest pies, który wyzbiera ubite sztuki choćby ze środka bagna.
Nie mam zamiaru poprzestać na tym jednym konkursie. Chcę zdobyć dyplom I stopnia. Konkursy piękności nawet nie umywają się dla mnie do takich konkursów.

OMÓWIENIE POSZCZEGÓLNYCH KONKURENCJI KONKURSU RETRIEVERÓW - TYLKO DLA AMATORÓW

Trzy pierwsze konkurencje konkursu odbywają się łącznie:
Chodzenie bez smyczy (3,3,3)
Przychodzenie do nogi (3,3,3)
Pozostawanie na miejscu (3,3,2)

W nawiasach podałam limity punktów kolejno na dyplomy I,II i III st. Jak widać limity są wysokie, a to z tego względu, że posłuszeństwo jest podstawą. Moim zadaniem było: przejść ok.30 m. z psem przy nodze, siad, biegaj, do nogi, siad - zostań, odejść od psa na ok. 30 m., wrócić do siedzącego cierpliwie psa. Wszystko szło jak po maśle, ale jak na koniec odeszłam, to się pogubiłam i zamiast wrócić do psa spytałam sędziów co ja mam dalej robić. Corsa poczuła się zwolniona z zostań i przyleciała do mnie. Ostatecznie otrzymałyśmy po 4 punkty za chodzenie i przychodzenie, a 2 za zostań.
Chodzenie bez smyczy nie musi być takim dokładnie przyklejonym chodzeniem, jak na PT, aczkolwiek miło jest, kiedy kierunek poruszania się psa pokrywa się jak najbardziej z kierunkiem poruszania się menera. Nikt nie patrzy czy nie trzyma się w ręku jakiegoś przedmiotu wielce pożądanego przez psa. Ja ją tak uczyłam od małego i teraz też na wszelki wypadek machnęłam jej przed oczyma czymś takim. Na komendę biegaj myślałam, że Corsa nie ruszy tyłka, bo tak było zawsze przedtem, ale tam w warunkach "polowania" bardzo się usamodzielniła.
Komenda - zostań. Zakładam, że pies rozumie jej znaczenie. Jeśli ktoś nie wie, jak ją psu przekazać mogę mu opisać swoją długą metodę, albo cudzą dużo krótszą.
Jeżeli ktoś myśli poważnie o konkursie powinien popracować nad cierpliwością psa. Ostatecznie pies powinien siedzieć nieruchomo nawet, gdyby kaczka z królikem tańczyły mu przed nosem kółko graniaste, żonglując przy tym kiełbaskami.
To jedyne ćwiczenie z posłuszeństwa, które robiłyśmy tam w czasie kursu. Sadzałam sukę w miejscu, a sama rzucałam koziołkami naokoło, chodząc po nie osobiście. Co trzeci raz podchodziłam do niej i pozwalałam jej łaskawie przynieść aport. W następnym etapie urozmaicamy to wystrzałami. Właśnie szukam jakiegoś straszaka, jest niezbędny w szkoleniu. Poza tym potrzebne są chociaż skrawki futra królika, czy kacze skrzydła do owinięcia koziołka do aportu.
Myśliwi śmiali się z moich piłeczek. Nikt z nich nie rzuca psu piłek, a tym bardziej patyków.

Nastepne trzy konkurencje, to aporty:
- z lądu (3,2,1)
- z wody (3,2,1)
- z szuwarów (3,1,1)


Scenariusz wszystkich podobny. Jeden strzela, drugi rzuca martwą kaczkę, pies może ruszyć dopiero na rozkaz, przynieść i oddać do ręki. Wolno mu tylko na chwilę położyć zwierza, aby poprawić chwyt.
Z tymi strzałami to, jak młody pies po kilku razach załapie, że zaraz poleci kaczka jest fajny ubaw. Moja teraz, już w domu na odgłos jakichś dalekich wystrzałów zaraz się stara rozejrzeć po niebie, gdzie leci jakaś kaczka.
W tych konkurencjach naszym największym bólem było to, że nie zawsze wytrzymywała do rozkazu i nie donosiła do ręki, tylko upuszczała trochę za wcześnie. Aport z wody był pierwszą konkurencją, jaką robiliśmy i w związku z tym, że puściła kaczkę jeszcze w wodzie, choć przy samym brzegu myślałam, że się mogę pakować, ale ulitowali się - 1 pkt.

Szuwary - to dopiero zabawa. Jak pierwszy raz na ćwiczeniach poszliśmy z menerem do takich wysokich trzcin jego psy znikły jak kamfora, a Corsa chodziła sobie jakby wzdłuż ściany - tu się nie wchodzi. Ostatecznie jak zasmakowała to młóciła te szuwary jak lokomotywa. Dla mnie to były najbardziej emocjonujące momenty. Pies szaleje, ty go nie widzisz, tylko słyszysz raz tu, raz 30 m. dalej. Trwa to nieraz bardzo długo i w końcu słyszysz, że wraca, zaraz się wyłoni. Tylko, czy z pustym pyskiem i głupią miną, czy nie?. Frajda niesamowita, jak po takim buszowaniu wyłania się sierściak z kaczką w pysku.
Na konkursie stare błędy - za wczesny start i nie doniesienie do ręki, ale 2 pkty, aport z lądu też 2 pkty.

Nastepne dwie konkurencje:
- włóczka ptaka (3,2,1)
- włóczka królika (3,2,1)

Pomocnik bierze na sznurek martwe zwierzę gatunku zgodnego z regulaminem, zaznacza początek śladu odrobiną piór lub sierści (w zależności od gatunku ;-) ) i wlecze za sobą znikając niemal za horyzontem (150 m.). Żeby było weselej znika oczywiście z wiatrem i wykonuje przy tym dwa zakręty na szczęście pod kątem rozwartym. Kaczka zostaje, pomocnik wraca drogą okrężną. Zawodnik doprowadza psa do początku śladu, każe mu nawąchać i z dużą nadzieją w głosie krzyczy "szukaj, przynieś". Pies (przynajmniej mój) rwie się do roboty jak głupi i przegapia te kilka kroków, które wolno mi zrobić, aby mu wskazać kierunek i pędzi naprzód górnym wiatrem. I tak suka biega na odległości, na jaką nigdy się nie oddalała i szuka. I znajduje. Przestaje nagle machać kitą, pochyla się spokojnie, podejmuje chwytem delikatnym, a pewnym i bierze kurs na mnie.
Włóczka królika – tu raz jeden dostałam oklaski, po dwóch konkurencjach myślałam (regulamin przestudiowałam niestety dopiero w domu po powrocie), że już przepadłam na amen i wyluzowałam się trochę. Kiedy Corsa dochodziła już do mnie z królikiem i wiedziałam, że lada chwila wypuści go z pyska (punkty karne) odwaliłam wślizg bramkarski i złapałam królika dosłownie pare cm nad ziemią sama lądując na plecach. Ale mieli ubaw, ale dali mi za to całe 3 punkty!
Za kaczkę niestety 1 punkt. Z kaczką to było trochę kontrowersyjne, bo jak suka poszła stwierdzili, że położyli ślad za blisko poprzedniego. Kazali odwołać psa i położyli następną włóczkę, całkiem chyba zapominając, że tamta kaczka została na polu. Corsa niestety znalazła i przyniosła tamtą zapomnianą kaczkę. Stwierdzili, że poszła górnym, a nie dolnym wiatrem i o mało by mi w ogóle nie zaliczyli. Myślę, że gdyby w tym samym stylu znalazła dobrą kaczkę nikt by się nie przyczepił.
Tropienia i szukania bałam się najbardziej, bo wszystkie eksperymenty mojego pomysłu wykazywały, że Corsa ma słaby węch i nie lubi szukać. Zawsze stała i gapiła się na mnie, żeby jej pokazać gdzie coś schowałam. Tam zaskoczyła mnie jej pasja i skuteczność, zresztą wszyscy chwalili jej węch. Dwudniowa nauka zaczęła się od prostej, dziesięciometrowej włóczki. Po jednym razie uwierzyła, że na końcu leży łup i nie było żadnych problemów. Zaskakiwała samodzielnością.

I tak doszliśmy do konkurencji ostatniej:
- marking (-,-,-,)

Te myślniki w nawiasie oznaczają, iż dla tej konkurencji nie ma limitu punktów na poszczególne stopnie dyplomów. To znaczy, że pies może nie zaliczyć jej wcale i dostać mimo to dyplom nawet I stopnia. Marking jest sprawdzeniem zdolności zapamiętywania psa. Mener stoi na stanowisku z psem, a dwóch pomocników odchodzi na ok. 40 m. Jeden strzela, drugi rzuca kaczkę, przechodzą ok. 15 m. i rzucają następną kaczkę i tak sobie chodząc rozrzucają 4 kaczki w wysokiej trawie. Pies ma siedzieć spokojnie i obserwować. Następnie mener melduje sędziom po którą kaczkę wysyła psa i daje mu komendę ‘szukaj, przynieś’. Oczywiście Corsa, jak każdy nie szkolony w tym pies pogoniła najpierw po kaczkę, która spadła ostatnia, ignorując moją wyciągniętą rękę. Ostatecznie znalazła i przyniosła wszystkie 4 sztuki w dziwnej może kolejności i stylu. Dla mnie pełen sukces – cały 1 punkt! Konkurs zakończony, suka zmęczona śmiertelnie, ale szczęśliwa. Ja też. Za rok to my im dopiero pokażemy!

Po dekoracji (34KB)


Małgorzata Sajkowska


cofnij